Od paru ładnych lat w moim kalendarzu widnieją wydarzenia, których opuścić nie wypada. To trzy największe i moim zdaniem najlepsze Konwencje Tatuażu w Polsce, odbywające się we Wrocławiu, Gdańsku i Katowicach. Mogę nie być obiektywna, bo jestem częścią ekipy konwentowej, mogę nie mieć racji, bo jestem zakochana w tatuażach, ale wiem, że liczby, ludzie, klimat i to wszystko co składa się na całą imprezę, mówi samo za siebie.
Czarna miniaturowa broń wypełniona atramentem, leży na blacie i czeka na dopływ prądu. Właściciel dotyka jej delikatnie lecz stanowczo. Przygotowania trwają jak podczas premiery w teatrze. Zgrzyt, umoczenie igły w czarnym kubku, przepływ elektronów, prąd dotyka jej w całości i wypełnia każdy zakamarek. Kable rozgrzewają się wprowadzając ją w trans, setki małych drucików uderzają rytmicznie, w kanonie, iskrząc i ocierając się o siebie. Pierwsze spotkanie ze skórą, milimetrowe ukłucie i smak krwi. Z minuty na minutę czerwona słodka substancja wypełnia malutkie igiełki, które zmieniają kolor. Chwilowe oderwanie, kolejny raz igła ląduje w kubku, tym razem napełnia się glicerynowym błękitem o cierpkim smaku. Przejeżdża po skórze szukając wazelinowego zapachu, wkłuwa się delikatnie i okrężnymi ruchami rozprowadza to, co wypływa z jej wnętrza. Czuje,że w środku płonie, rozgrzana do czerwoności odmawia posłuszeństwa, żądając krótkiej przerwy. Mijają kolejne sekundy, minuty, wreszcie prąd ucieka, zostawiając ją samą, zmęczoną po pracy. Zanurza się powoli w zimnej cieczy, oczyszcza z resztek krwi i naskórka. Obserwuje z pod wody swoje dzieło. Artysta dokładnie osusza ją i pozwala odpocząć pośród tęczowych atramentów, zapachu gumy i spirytusu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz