Strona główna

piątek, 23 września 2016

From Malta with love!

Z racji tego, że za oknem jak jest każdy widzi, postanowiłam trochę ocieplić klimat i powspominać jedną z najlepszych wypraw jakie mnie spotkały! Enjoy!

Malta.

Kraina słońca, wiatru i morskiej bryzy. Kraj którego historia sprawiła, że jedzenie jest mieszanką smaków kilku kultur a język brzmi jak łamigłówka. Miejsce w którym po raz pierwszy zakochałam się w słońcu. A to wszystko za sprawą pewnej Pani (Basia pozdrawiam!), która szukała towarzyszek na wyprawę. Pięć obcych sobie bab (tak bab, lubię to określenie więc nie będę go zmieniać) postanowiło polecieć w nieznane, rozmawiając ze sobą przez fejsbuka obmyśliły plan działania i ruszyły w podróż.




Sliema.

To tutaj rozpoczęła się nasza przygoda. Miasto przywitało nas popołudniowym słońcem, upałem i ciężkim powietrzem. Początkowo czułam się jak w saunie, ale po kilku głębszych... wdechach można przywyknąć. ;) Widoki i przepyszne jedzenie rekompensowały wszystkie inne mankamenty.
Sliema jest jednym z największych miast Malty, graniczy z St. Julian's i Gzirą tworząc z nimi wielką konurbację. Najpiękniej jest tu wieczorami i nocą, kiedy robi się trochę chłodniej, kluby i bary ożywają, ludzie wychodzą bawić się na ulicę, a na niebie pojawią się sztuczne ognie i race.






Gozo.


Kolejnym punktem na mapie było Gozo, na którym spędziłyśmy dwa intensywne dni, biegając tam i z powrotem. Na tej wyspie wszystko jest inne, dzikie. Miasteczka mają niską zabudowę, przypominającą trochę chorwackie lub portugalskie domki z piaskowca. Wiele budowli pamięta jeszcze czasy średniowieczne, a świątynia Ggantija jest starsza nawet od egipskich piramid. Swoją drogą dziwne uczucie, kiedy patrzysz na jakiś zwykły dziurawy kamień i myślisz sobie - cholera to widziało już chyba wszystko… 
Czym urzekło mnie Gozo? Złotymi plażami, dzikością, opuncjami, ogromnymi przestrzeniami i chyba spokojem, który tam panuje, czego niestety nie można powiedzieć o czystości. Wyspa nie posiada kanalizacji, reszty nie muszę opowiadać..










Valetta i Mdina.


Dwie stolice Malty, obecna i stara. Nie umiem oprzeć się pokusie porównania tych miast do włoskiej Wenecji. Wąskie, klimatyczne uliczki, stare kamienice, pięknie zdobione drzwi wejściowe, wszystko jak na obrazku. Chociaż właściwie cała Malta ma w sobie ten włoski zalążek. Obie stolice otoczone są murami warownymi i położone dość wysoko, co momentami bywa uciążliwe. Ochoczo zbiegasz na nabrzeże, po czym okazuje się, że czeka Cię powrotna podróż na miarę zdobycia K2.










Jedzenie.

Czyli to co tygryski lubią najbardziej. Jadąc na Maltę czekałam głównie na tamtejszą kuchnię. Nowe smaki, przyprawy i połączenia zawsze doprowadzają mnie do obłędu (napisałabym orgazmu ale nie wypada). Definitywnie kocham jeść i mogłabym to robić zawodowo. A maltańskie jedzenie? Mam pojemny żołądek, ale porcje, które nam serwowano są tak ogromne, że niestety, pierwszy obiad jaki zamówiłyśmy w połowie pozostał na naszych talerzach. Za to smak... Genialny! Pizze, makarony, słodycze, owoce, wina, wszystko jest tu obłędne, świeże i przede wszystkim zajebiście doprawione. Myślę, że gdybym została tam dłużej i nie spacerowała 20 km dziennie stałabym się małą, a może nawet dużą, kolorową kulką.

Weź to człowieku zjedz!!





Wyjazd był tak przefantastyczny, że mogłabym opisywać go godzinami, ale wtedy moje wywody były by nie do przebrnięcia. Chcesz więcej? JEDŹ NA MALTĘ! I koniecznie odwiedź St. Peter's Pool i skocz ze skał do wody! 



Słowo na zakończenie? Najlepszych przyjaciół poznaje się.. w drodzę w nieznane ;) Thx U girls! <3








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz